Uwaga! Zasoby Biblioteki Liberatury znajduje się obecnie w Artetece

 

historia liberatury


Katarzyna Bazarnik
Zenon Fajfer


Liberatura. Aneks do historii literatury
(czyli o korekcie poczynionej za pomocą literówki)



Fizyczna budowa książki nie powinna być wynikiem przyjętych konwencji, lecz spowodowana autonomiczną decyzją autora, tak jak perypetie bohaterów czy dobór takiego a nie innego słowa. Materialna i duchowa strona dzieła literackiego, czyli książka i wydrukowany w niej tekst, powinny się nawzajem dopełniać, tworzyć harmonię. (...) To nie musi być Księga ogarniająca cały świat, ale niech to przynajmniej będzie Księga ogarniająca całą... księgę, w której wszystkie elementy – nie tylko tekst – będą mieć znaczenie. A czy to się będzie jeszcze określać mianem literatura, czy też już raczej ‘liberatura’, jest sprawą drugorzędną. Jest to problem teoretyków, a nie pisarzy. (...) W każdym razie, w tym właśnie, oficjalnie jeszcze nie istniejącym czwartym rodzaju, widzę odnowienie i przyszłość literatury.
Zenon Fajfer (1999)

Liberatura to wolność, otwartość artystyczna, przekraczanie granic między gatunkami i sztukami, to literatura nie spętana ograniczeniami narzuconymi przez reguły, kanony, krytyków.
To pisanie-ważenie liter (czcionek, obrazów, elementów graficznych) w celu zbudowania książki.
W dziele liberackim chodzi o świadome wykorzystanie materialności literatury, słowa, zdania i przestrzeni książki, o integralność tekstu i obrazu. „Jak” jest częścią „co”.
Katarzyna Bazarnik (2002)


Zastrzeżenie pierwsze: szkic ten nie rości sobie pretensji do kompletności czy prezentacji alternatywnej historii literatury, a jedynie służy garścią przykładów pokazujących, że przy pisaniu takiej historii wątek liberatury nie powinien być dłużej pomijany – zbyt ważni twórcy ten typ sztuki słowa uprawiali. Zastrzeżenie drugie: niełatwo być podmiotem i zarazem przedmiotem opisu, niestety, w tekście tego rodzaju taka podwójna rola była nieunikniona. Możemy jedynie zapewnić, że w partiach odnoszących się do naszych osób staraliśmy się być możliwie obiektywni, nie nam jednak oceniać, na ile to się udało. Zastrzeżenie trzecie: w artykule gdzieniegdzie wykorzystane zostały również fragmenty z naszych wcześniejszych tekstów o liberaturze.


WSTĘP

Rok 1999: czyli od Oka-leczenia do liberatury

Zenon Fajfer: Przedstawiając projekt liberatury, czyli literatury totalnej, w której tekst jest integralnie związany z architekturą książki (łac. liber) i w której wszystkie elementy: od graficznych począwszy na kształcie i proporcjach tomu skończywszy, współtworzą przekaz, pierwotnie miałem na myśli głównie naszą twórczość. W tym czasie było już bowiem wiadomo, że Oka-leczenie , książka nad którą od kilku lat wspólnie pracowaliśmy, przybierze nietypową formę tryptyku. Tryptyku, czyli trzech złączonych wspólną okładką tomów, w taki sposób, że kodeks środkowy miał znajdować się po przeciwległej stronie, niż kodeksy zewnętrzne. Trzeba było „tylko” znaleźć śmiałego introligatora, który wykonania takiej oprawy się podejmie. Nie było to łatwe, ale odpowiednia osoba w końcu się znalazła, dzięki czemu rok później stało się możliwe przygotowanie kilku egzemplarzy prototypowych powielonych w drukarni cyfrowej.
 
Katarzyna Bazarnik: Taka nietypowa budowa książki wynika z charakteru zawartych w Oka-leczeniu opowieści, jest ich ikonicznym odbiciem. Jednak w tym przypadku na budowie trójksięgu czy niestandardowej paginacji (strony ujemne, dodatnie i numerowane liczbami rzymskimi) odstępstwa od „normy” się nie kończą. Oka-leczenie przełamuje linearność literatury. W tej pozbawionej tradycyjnego narratora opowieści o stanach granicznych: śmierci, poczęciu i narodzinach, istotne kwestie wyrażone zostały poprzez samą strukturę tekstu oraz daleki od konwencji zapis. To pismu właśnie przydzielona została funkcja jednego z głównych elementów narracji, stąd cała gama rozmaitych sposobów notacji słowa: od zapisu ręcznego i czegoś na kształt ideogramów, poprzez różnorodność fontów drukarskich (każda postać mówi własną czcionką), aż po tekst niewidzialny, którego odczytanie wymaga od czytelnika znacznie większej niż zazwyczaj aktywności, stwarza też możliwość lektury symultanicznej. Niewidzialność tekstu to nie żadna metafora, pod warunkiem oczywiście, że czytelnik Oka-leczenia zechce w tego typu interaktywnym procederze uczestniczyć. Znajdujący się w jakimś innym wymiarze, zbudowany warstwowo spory fragment książki ujawni się dopiero po przeczytaniu pierwszych liter tekstu widzialnego. Z niego w analogiczny sposób wyłonią się kolejne warstwy, aż do pojedynczego słowa, z którego wyemanowała całość. Tę wielowymiarową strukturę Zenon nazwał wierszem emanacyjnym i wykorzystał również w późniejszych utworach, takich jak (O)patrzenie, Spoglądając przez ozonową dziurę czy Ars poetica.

Zenon Fajfer: Co do formy emanacyjnej, to powody, dla których w ten sposób piszę, są złożone. Wiem, że najbardziej rzuca się tu w oczy (atrakcyjnie wysoki) stopień trudności, jaki stoi przed piszącym – są tacy, którzy po prostu lubią takie literackie „ekstremalne sporty”. Ja jednak, wbrew pozorom, do nich nie należę. Nie mógłbym danej formy uprawiać jedynie ze względu na skalę formalnego wyzwania – bez naprawdę istotnego powodu takie popisy mnie nie interesują. Zacząłem tak pisać, bo szukałem innego wymiaru. Wymyśliłem tę formę, bo mi była potrzebna do wyrażenia treści, których nie chciałem czy nie mogłem wyrazić wprost, a jedynie sygnalizując je właśnie poprzez strukturę tekstu. Forma emanacyjna pozwala na przezwyciężenie elementarnych opozycji: otwarte-zamknięte, cielesne-duchowe, widzialne-niewidzialne, realne-wirtualne etc. i jest to dla mnie wystarczający powód, by ją uprawiać. Ja w tej formie dostrzegam duży potencjał mimetyczności, i to zarówno dla treści realistycznych, jak i tych bardziej ezoterycznych czy abstrakcyjnych. Z jednej strony umożliwia ona przełamanie linearności przekazu i osiągnięcie prawdziwej symultaniczności, ponieważ w najbardziej rozwiniętym stadium utwór składa się z kilku warstw tekstu biegnących równocześnie i tylko od czytelnika zależy w jakiej kolejności te warstwy poznaje. (Jest to może bardziej widoczne w tekstach drukowanych, bo w wersjach elektronicznych kolejne warstwy same rozwijają się i zwijają przed czytającym – cóż, akurat w przypadku tych utworów wprowadzenie czynnika ruchu wydaje mi się w pełni uzasadnione, ruch wydobywa z nich ukryty potencjał.) Z drugiej strony, mimo złożonego, wieloaspektowego obrazu świata jaki z takiej struktury się wyłania, teksty emanacyjne mogą uchodzić za wyraz filozoficznego monizmu. To pojedyncze słowo, z którego cała ta tekstowa pajęczyna zostaje wywiedziona, jest jak jakaś pierwotna Jednia, w której wszystko się zawiera i do której wszystko powraca.

Katarzyna Bazarnik: Już taki pobieżny rzut oka wystarczy by stwierdzić, że Oka-leczenie wymyka się podstawowym kategoriom literaturoznawstwa, takim jak „dzieło literackie”, „forma” czy „tworzywo”, które na ogół ignorują sferę zapisu, całą materialną stronę literatury. Krytycy posługujący się definicjami wykluczającymi z obszaru krytycznej refleksji książkę i pismo, czyli jakże istotny w tym wypadku graficzno-przestrzenny aspekt dzieła, nie byli przygotowani na tego rodzaju zwielokrotniony przekaz. Wyjścia widzieliśmy dwa: albo wychodzimy z naszym trójksięgiem poza literaturę, albo trzeba ją odpowiednio zredefiniować, żeby znalazło się miejsce również dla takich książek. Ale wyjście poza literaturę oznaczało wkroczenie w obszar szeroko rozumianej „sztuki książki”, czyli w konsekwencji oddalenie się od czytelnika. W naszym odczuciu natomiast Oka-leczenie zawsze było utworem literackim, tyle że wyrażonym w formie bardziej totalnej: w formie KSIĄŻKI, napisanej pismem cokolwiek wielowymiarowym i zaprojektowanej od początku do końca przez autorów, a nie grafików książkowych pracujących na usługach wydawnictw. Stąd propozycja terminu „liberatura”, który wydaje się całkiem adekwatnym określeniem dla tego typu integralnych, holistycznych wizji – nazwą harmonijnie scalającą literaturę i książkę w jeden niepodzielny byt.

Zenon Fajfer: W celu uniknięcia ewentualnych nieporozumień musimy wyraźnie podkreślić, że pojęcie „liberatury” i proponowana przez nas pod taką nazwą wizja osobnego gatunku literackiego, mają niewiele wspólnego z „liberaturą” rozumianą jako „literatura wyzwolona” lub „wyzwalająca”, przełamująca społeczne, religijne, polityczne czy obyczajowe tabu. Zachodzi tu przypadek homonimii. Wymienione kategorie mają bowiem charakter subiektywny i odnoszą się bardziej do sfery polityki czy socjologii (literaturą wyzwalającą była na przykład wydawana w Polsce w drugim obiegu „bibuła”), podczas gdy liberatura proponowana przez nas jest kategorią estetyczną, w której postulat wolności odnosi się do sfery formalnej i edytorskiej, o których orzekać można obiektywnie. Różnica staje się jeszcze bardziej widoczna, gdy od głównego terminu wyprowadzimy pojęcia pochodne: dla „literatury wyzwolicielskiej” twórca liberatury byłby „liberatorem” a jego dzieło „liberatorskie”, natomiast tutaj jest on „liberatem” tworzącym dzieła „liberackie”. Co nie znaczy, że „liberackie” nie może być „liberatorskie”. Ale to już sprawa między książką a czytelnikiem.

Katarzyna Bazarnik: Od początku było też dla nas jasne, że zakres zastosowania nowego terminu może być znacznie szerszy, że koncepcja liberatury może z powodzeniem odnosić się nie tylko do Oka-leczenia i innych utworów powstających współcześnie, ale też do podobnych przypadków z przeszłości. Bowiem nie było dotąd trafnego określenia na podobny rodzaj pisarstwa – na książki, w których kształt woluminu, kolor kartki czy liczba stron byłyby równoprawnymi elementami opowieści. Tristram Shandy Sterne’a, iluminowane poematy Blake’a, Rzut kośćmi Mallarmégo, Finnegans Wake Joyce’a, Sto tysięcy miliardów wierszy Queneau czy pudełkowe powieści Saporty i B.S. Johnsona – to dzieła wymykające się z krytycznoliterackiego opisu także ze względu na swe cechy materialne, z którymi teoretycy nie bardzo wiedzieli, co począć. Terminy „poezja wizualna” czy „poezja konkretna”, ze względu na swój ograniczony zasięg i charakter, nie oddawały specyfiki i formalnego bogactwa takich tekstów. Równie nieadekwatne wydawały się pojęcia z pogranicza sztuk plastycznych i bibliofilstwa, takie jak „książka artystyczna”, „piękna książka”, „książka autorska”, „konceptualna” czy po prostu „sztuka książki”, które właściwie sytuowały dzieła wyrosłe z podobnego myślenia o słowie poza obszarem zainteresowań krytyków literackich i czytelników, a tym samym poza obszarem literatury. O pewnej części tak zwanych książek artystycznych można zresztą zasadnie powiedzieć, że są po prostu nierozpoznaną wcześniej liberaturą, którą pora wyprowadzić z kolekcjonerskich gablot i galerii, natomiast pojęcie „książki artystycznej” zarezerwować raczej dla książek pozbawionych istotnego komponentu literackiego, bliższych instalacji czy rzeźbie. Podsumowując: istotną zaletą terminu „liberatura” wydaje się to, że nie wykracza poza obszar literatury, tylko go rozszerza. Tym, co liberatura wnosi do literatury, tym, co ową mowę słów wzbogaca, jest swoista „mowa ciała”.


Tyle tytułem osobistego wstępu. Teraz pora na narrację bardziej zdystansowaną, w formie trzecioosobowej.